Home Główna Szczęśliwi ludzie

Szczęśliwi ludzie

by Redakcja

Naturalnie – Yazoo! Kiedy Alison Moyet i Vince Clarke zaśpiewali po raz pierwszy swoją piosenkę o szczęśliwych ludziach, ja uczęszczałem do czwartej klasy szkoły podstawowej i poza muzyką, piłką nożną oraz pewną Justynką, interesowało mnie niewiele. Kapeli rockowej już dawno nie ma, Justynka jest obecnie panią Justyną czyli dystyngowaną kobietą w bardzo zaawansowanym wieku średnim, a niektórzy moi ówcześni bohaterowie, znani z biegania po murawie łódzkiego Widzewa i turyńskiego Juventusu, jawią mi się dziś jako zwykli bufoni, posiadający swój cały rozum jedynie w nogach i osobiście nie widzę większej szansy na jego spektakularny transfer z kończyn dolnych pomiędzy uszy. Taka jest moja prywatna ocena historii i teraźniejszości, a do jej wygłaszania mam konstytucyjne prawo. Odbiegłem nieco od tematu, gdyż wątkiem przewodnim niniejszego felietonu nie mają być moje wspomnienia z zamierzchłej przeszłości, a autentycznie szczęśliwi ludzie.

Autentycznie szczęśliwych ludzi miałem możność spotkać w ostatnim czasie kilkukrotnie, podczas moich podróży pociągiem z Krakowa do Łodzi. Pora kanikuły powoduje, że przemieszczają się całe rodziny i to z Zakopanego do Gdyni lub w kierunku przeciwnym. Interesujące obserwacje można poczynić już na krakowskim dworcu, który, pomimo ograniczeń spowodowanych pandemią, wciąż jest prawdziwym tyglem narodowościowym. Zdarzyło mi się tam napotkać Amerykankę o obfitych kształtach, paradującą dumnie w czapce z paskami i gwiazdkami oraz z nieodłącznym telefonem przy uchu, do mikrofonu którego wykrzykiwała wyrazy zachwytu z tak okropnym teksańskim akcentem, że zrozumiałem może co piąte słowo. Obok mnie, na metalowej ławce przycupnął Cygan, czekający na żonę z gromadką dzieci jadących do niego opóźnionym pociągiem z Rzeszowa. Odwiecznym zwyczajem ludów zakochanych w błyskotkach starannie wytarł wszystkie sygnety o koszulę, chuchając na nie wcześniej z dużym namaszczeniem, a następnie obejrzał dokładnie piękny złoty zegarek zdobiący lewy nadgarstek. Gdy przesuwał wokół szyi ciężki łańcuch, także wykonany z drogocennego kruszcu, na peron wtoczył się skład, z którego wybiegły jego roześmiane pociechy, więc mężczyzna musiał przerwać ulubioną czynność i zaopiekować się niesfornymi latoroślami. Przy gablocie z rozkładem jazdy dostrzegłem autentycznego Sikha! No wypisz, wymaluj mieszkaniec indyjskiego Pendżabu. Wysoki mężczyzna z pięknie przystrzyżoną i wypielęgnowaną brodą oraz misternie ułożonym turbanem na głowie, studiował wpisy z nazwami miejscowości i godzinami nie zwracając uwagi na otoczenie. Można było odnieść wrażenie, że ten człowiek jest całkowicie nieobecny duchem, ale, po dłuższym przyjrzeniu zauważyłem, jak nieznacznym ruchem poprawia główkę świetnie dobranego do koszuli krawatu. Cóż, widocznie nie tylko kobiety nadają każdej napotkanej szybie wystawowej charakter przenośnego lustra i nie tylko one ten fakt starannie ukrywają.

Starannie ukrywał także swoje łakomstwo funkcjonariusz Straży Ochrony Kolei, który wraz ze swoim towarzyszem patrolował peron od krańca do krańca. Tylko moje wprawne oko dostrzegło, że mężczyzna ów miał przemyślnie ukryte cukierki w jednej z kieszeni kamizelki taktycznej i wchłaniał je jeden po drugim, markując pocieranie nosa i skrycie wkładając słodycze do ust. Daję słowo moim Czytelnikom, że znudzony monotonną robotą „Cerber” oszukał wszystkich, ale nie mnie – indywiduum pożerające łakocie kwintalami w czasie setek długotrwałych odpraw. Powiem więcej – pan SOK-ista był przy mnie tylko marnym amatorem, ponieważ ja dałem radę wywieść w pole kilku dowódców, z których żaden nie podejrzewał mnie nigdy o taką zbrodnię, jak konsumpcja landrynek podczas wygłaszania przez nich podniosłych tyrad militarnych. To była dopiero maestria maskowania! Wszystko jeszcze przed tym umundurowanym łasuchem.

Umundurowanego łasucha i jego zachowanie przywołałem specjalnie w sposób żartobliwy, by ukazać komfort w jakim przyszło mu pracować. Na stacji kolejowej panował sielankowy spokój. Nikt nikogo nie zaczepiał, nie wyzywał od faszystów, nie izolował ze względu na kolor skóry czy odzienie. Ludzie zajęci byli swoimi sprawami, gawędzili ze sobą, dłubali wprawnymi ruchami palców w telefonach komórkowych lub czytali zakupione w kioskach magazyny. Nikt nie zwracał uwagi na młodą dziewczynę z ufarbowanymi na kilka kolorów włosami, podobnie jak na siostrę zakonną kartkującą w skupieniu jakiś brewiarz i gładzącą krucyfiks przyozdabiający jej habit. Nikt – wyłączywszy kilkuletnie rodzeństwo – nie hałasował ani się nie kłócił, ale dzieciaki rządzą się odrębnymi prawami. Zresztą, zniecierpliwiona mama pogroziła palcem najpierw bratu, później siostrze i swar ucichł natychmiast. Taki polski, normalny obrazek.

Normalny obrazek coraz trudniej znaleźć w mediach, szczególnie elektronicznych. Przeglądając serwisy prasowe człowiek może odnieść wrażenie, że powinien jak najszybciej wybudować schron przeciwatomowy i skryć się w nim przed otaczającym światem. Nastała głupia moda na straszenie ludzi i eksponowanie rzeczy dziwacznych. Ostatnie zajścia ukazują bezbrzeżną bezmyślność niektórych dziennikarzy, wynoszących na piedestał jakiegoś prowokatora, żądając jednocześnie, aby mężczyznę nazywać kobietą. Dzięki dużemu zasięgowi tytułów, sprawa stała się tak istotna, że część żurnalistycznej braci popadła w niespotykany amok. Nie dajcie się Państwo zwieść złudzeniom. To tylko margines marginesów społeczeństwa polskiego. Jeśli poczujecie się osaczeni, to siądźcie na ławce dworca w waszej miejscowości i poobserwujcie podróżnych. Zaręczam, że wtedy zobaczycie zwykłych, normalnych, szczęśliwych ludzi.

Howgh!

Tȟašúŋke Witkó, 17 sierpnia 2020 r.

POWIĄZANE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ